Wspólne zakupy – jeden dzień z naszego życia.

Dzisiaj był piękny, słoneczny dzień, ale my, jak większość polskiego społeczeństwa wybraliśmy się do centrum handlowego na zakupy, a ściślej rzecz ujmując w celu znalezienie wózka idealnego dla Amelushki. Parking oczywiście był prawie cały zapełniony, bo przecież południe, sobota, na zewnątrz 25°C, to najlepszy czas na snucie się po centrum handlowym i robienie zakupów albo po prostu oglądanie wystaw sklepowych. Można jeszcze ewentualnie zjeść pysznego hamburgera albo kebaba, bo przecież weekend jest najlepszym czasem, aby wybrać się z całą rodziną na wykwintny obiad.
Jedna osoba (ta najważniejsza) z naszej rodziny również zgłodniała. Ja, jako przezorna mama, wzięłam ze sobą dwa słoiczki z różnymi daniami, bo nie wiedziałam, czy Królewna będzie miała dziś ochotę na delikatne warzywa ze słodkimi ziemniaczkami, czy może zupkę pomidorową z kurczakiem. Założyliśmy śliniak, nówka sztuka, w kolorze żarówiastego różu, wyjęliśmy naszą profesjonalną plastikową długą łyżeczkę z Coffeeheaven, czy innej tego typu kawiarni i zaczęliśmy od delikatnych warzywek. Na początku, troszeczkę, niech Królewna spróbuje, bo jej usta jeszcze nigdy nie zaznały smaku tego dania. Pierwsza łyżeczka poszła, druga też, ale trzecia już nie odpowiada. Chyba smak dotarł do kubków smakowych i doszła do wniosku, że chyba jednak jej nie smakuje. Przy czwartej łyżeczce usta już zaciśnięte i buzia szczelnie zamknięta. Jedzenie skończone, ale przecież trzeba dalej trochę pomarudzić, bo brzuszek nadal pusty. A jeszcze na dodatek ta wyrodna matka idzie za wózkiem, pałaszując lody Grycana i myśli, że nie widać. Dziecko głodne w wózku siedzi, a matka opycha się słodkościami z uśmiechem na ustach.
STOP. COFNIJ. Wcale nie z uśmiechem, a raczej zestresowana, prawie biegnę z lodem w ręku (myśląc, co by tu zrobić, żeby jak najszybciej go zjeść), aby znaleźć Rossmanna, gdzie będę mogła kupić jakieś inne dania dla wygłodniałej córki. Wpadam do sklepu, łapię za koszyk, biegnę do półki z żywnością dla dzieci i wybieram. Może danie z łososiem, a może z królikiem, a może z jagnięciną, a może zupkę jarzynową z indykiem, bo ją już kiedyś jadła i jej smakowała, a może zupkę koperkową z ryżem i indykiem? No dobra, wezmę wszystkie, nie ma czasu się zastanawiać. Stawiam koszyk przy kasie, pani nabija produkty, prosi o kartę lojalnościową, a ja staram się wyjąć ją z portmonetki, trzymając loda w jednym ręku. O nie, nagle czuję, że serwetka jest cała mokra i klejąca, chyba w wafelku jest dziura i mój rozpuszczony lód ucieka cichaczem. Mimo przeciwności losu, udaje mi się wydobyć kartę, ale jeszcze trzeba zapłacić. A tu nagle, kap, kap, kap, cała portmonetka w białych kropkach o smaku chałwowym. Moje ręce całe się lepią i zaczynam się zastanawiać, jak tu wyjąć kartę, włożyć do terminala i wpisać pin, sprawiając wrażenie, że niczego nie ubrudzę. Z lewej strony pan ochroniarz, z prawej ludzie stojący w kolejce i wszyscy patrzą na moje ręce. No dobra, udam, że lewą rękę mam czystą, z prawą juz nie mam szans, bo ciekną po niej białe strużki. W międzyczasie udaje mi się wyjąć z torebki chusteczkę i trochę wytrzeć ręce. Sytuacja chyba uratowana. Wychodzę ze sklepu z dwoma reklamówkami słoiczków, zadowolona, że moja Księżniczka będzie mogła w końcu napełnić swój brzuszek swoimi ulubionymi daniami.
Otwieram jej ulubioną zupkę jarzynową i zostawiam z moim K., aby Ją nakarmił, a ja w tym czasie pójdę zrobię szybko małe zakupy. Wracam po 10 minutach i co zastaję? Amelka cała pomarańczowa, z uśmiechem na ustach i waflem orkiszowym w ręku, a słoiczek nadal pełny. Mój K. uznał, że chyba nie jest głodna, bo w ogóle nie chce jeść. A ja na to, że na pewno jest głodna, bo jest marudna i ostatni posiłek jadła ok. 9, a jest godzina 14. Może po prostu zupka jarzynowa już Jej nie smakuje, więc otworzę potrawkę z ziemniaczkami i królikiem, powinna zjeść, bo przecież wczoraj zjadła cały słoiczek. Tym razem mój K. mówi, żebym ja Ją nakarmiła, a on pójdzie zrobić swoje zakupy. Jedna łyżeczka, druga łyżeczka, trzecia łyżeczka, a czwarta już nie wchodzi. No to może dam Jej nakrętkę, niech się pobawi. Ostatnio zabawa w zakładanie nakrętki na słoik jest bardzo absorbująca, ale też skuteczna podczas jedzenia (kurcze, a kiedyś miałam postanowienie, że moje dziecko nie będzie bawiło się podczas jedzenia, że będzie jadło świadomie). Tym razem jednak okazała się nieskuteczna. No nic, spróbuję może jeszcze raz z zupką jarzynową, może ziemniaczki z królikiem wczoraj Jej się przejadły. Próbuję podstępem włożyć łyżeczkę do buzi, ale wyjmując słoiczek z torby, wyciągnęłam również wafle. (Nie)stety Amelushka jest bardzo spostrzegawcza, nic nie umknie Jej uwadze, a zwłaszcza wafle, więc od razu wyciąga rączkę, wskazując paluszkiem w wiadomym kierunku i mówi „dam”. Ja zaczynam rozsądnie tłumaczyć, bawić się słoiczkiem, udawać, że jem Jej pyszną zupkę, śpiewać, a wszystko to po to, aby odwrócić Jej uwagę od wafli i przekonać do zjedzenia obiadu. Niestety bez powodzenia. Moje starania odnoszą odwrotny skutek. Podsuwam jej kolejną łyżeczkę pod buzię i jej zawartość ląduje na mojej bluzce. To nic, że założyłam nową bluzkę w kolorze pudrowego różu. Plamy z marchewki prezentują się na niej bardzo okazale. No bo przecież jak mogłam zapomnieć, że gdy moje dziecko denerwuje się, wymachuje rączkami we wszystkie strony, odpychając wszystko, co Jej się podstawi pod usta. Wraca K. i co widzi? Nas obie, całe w marchewce, ja wkurzona, a Amelka cała uśmiechnięta z waflem w ręce. Zastanawiamy się, czy nie wrócić do domu, ale trochę szkoda czasu, skoro i tak zmarnowaliśmy już tak piękny dzień na pobyt w centrum handlowym i nawet nie załatwiliśmy tego, po co tu przyjechaliśmy. Postanawiam więc kupić nową bluzkę, przebrać się i iść zobaczyć wózki. Na szczęście już w pierwszym sklepie wpadła mi w oko koszulka na wystawie, więc przymierzam ją, kupuję, a potem wracam do przymierzalni, żeby się przebrać. Staram się wyjść niezauważona z nadzieją, że nikt nie pomyślał, że jestem osobą, która od razu zakłada dopiero co kupione rzeczy, żeby wylansować się w centrum handlowym. W międzyczasie K. kupił Amelushce wafelka do lodów, ponieważ skończył nam się zapas wafli, a chcieliśmy już w miarę spokojnie przetrwać wybieranie wózka.
I tak oto wyglądał nasz dzień na zakupach. Na szczęście, za każdym razem, żeby nie było nam nudno, Amelushka wymyśla inne scenariusze.
Podsumowanie zakupów:
  • kilkanaście słoiczków z jedzeniem dla Amelki
  • jedna nowa bluzka w mojej garderobie
  • kilka kosmetyków
  • brak wózka (ale znaleźliśmy taki, który w miarę nam odpowiada)
  • niespieralne plamy z marchewki na mojej bluzce i ubranku Amelki
  • ja: zmęczona i wkurzona, ale nadal zakochana w swojej córce
  • Amelka: zmęczona i głodna

I czy warto było?
Warto, przynajmniej znaleźliśmy wózek, którego tak długo szukaliśmy.
A czy idealny?
Okaże się w praktyce.
TO TEŻ CIĘ ZAINTERESUJE
Facebooktwittergoogle_pluspinterest
  • a.

    Podsumowanie kapitalne.