Trudne początki

Okres ciąży był jednym z najlepszych w moim życiu. Może oprócz pierwszego trymestru, podczas którego zajmowałam się głównie dwoma rzeczami, wymiotowaniem i spaniem, nieważne, czy byłam w pracy, czy stałam na czerwonym świetle prowadząc samochód. Potem było tylko lepiej. Miałam czas na wszystko. Dużo czytałam, oglądałam filmy, uczyłam się francuskiego, układałam puzzle, spacerowałam, jeździłam na ćwiczenia dla kobiet w ciąży, tańczyłam salsę, bachatę i kizombę. A co najważniejsze robiłam zakupy dla Maleństwa.

 

Niestety na początku 9 miesiąca sielanka się skończyła.
 
Pewnej nocy obudził mnie przeraźliwy ból w biodrze, promieniujący do lewej nogi. Myślałam, że to tylko chwilowe, ale niestety czas mijał, a ból nie. Z każdym dniem był coraz silniejszy. Moim pierwszym podejrzeniem była zakrzepica, ponieważ w 22 tygodniu ciąży miałam podobne dolegliwości bólowe, ale w obrębie dłoni. Wtedy jednak nie postawiono żadnej diagnozy ze względu na brak możliwości wykonania dokładnych badań. Tym razem postanowiłam również zbadać stężenie d-dimerów, których podwyższony poziom jest wskaźnikiem występowania, między innymi, zakrzepicy. W dniu kiedy zrobiłam badanie, późnym wieczorem zadzwoniono do mnie z laboratorium, aby mnie powiadomić, że wynik jest bardzo wysoki, wynosi 2749, podczas gdy norma jest do 500.

 

Na drugi dzień poszłam do swojego lekarza, który skierował mnie do szpitala. W szpitalu wykluczono zakrzepicę, ale niestety nie postawiono żadnej innej diagnozy i wypisano mnie do domu. Powiedziano tylko, że być może jest to ucisk na kręgosłup i że po porodzie wszystkie dolegliwości miną, więc z niecierpliwością czekałam na poród. Zalecono mi prowadzenie oszczędzającego trybu życia i branie Paracetamolu. Nikt wtedy nie wspomniał o rozejściu spojenia łonowego, więc tak naprawdę nie wiedziałam nawet co mi dolega.

 

Mój ginekolog, podczas pierwszej wizyty po wyjściu ze szpitala, wspomniał, że być może jest to rozejście spojenia łonowego, i że dolegliwości miną po porodzie. A póki co, nie da się niestety nic zrobić, trzeba jakoś wytrzymać. Więc czekałam…

 

Ból coraz bardziej się nasilał. Zaczął promieniować do kości krzyżowej. Miałam trudności z chodzeniem, każdą zmianą pozycji, siadaniem, kładzeniem się, przekręcaniem się na bok, czy na plecy. Utrzymanie się, choć przez krótką chwilę, na jednej nodze było niemożliwe. Byłam załamana, nie mogłam normalnie funkcjonować, nie byłam w stanie usiąść na toalecie, wejść do wanny, założyć i zdjąć bielizny, czy spodni. W miednicy ciągle słychać było jakieś trzaski i miałam wrażenie, że łamią mi się wszystkie kości. Ból był nie do wytrzymania. Ale cały czas żyłam nadzieją, że po porodzie wszystko powróci do normalności.

 

Po terminie porodu poszłam do przychodni przyszpitalnej zrobić badanie KTG. Lekarz powiedział, że jeśli jest to rozejście spojenia łonowego, a wszystko na to wskazuje, to nie urodzę naturalnie, tylko będę miała cesarskie cięcie. Trochę mnie ta wiadomość zmartwiła, ponieważ byłam nastawiona na poród naturalny. Jedyne czego się obawiałam to to, że dolegliwości bólowe w okolicach miednicy mi na to nie pozwolą. Gorzej jednak zaniepokoiła mnie informacja, że w przypadku rozejścia spojenia łonowego, ból nie mija po porodzie, a wręcz się nasila. Czasami nawet potrzebna jest operacja, aby zespolić spojenie łonowe. Wyszłam z przychodni ze łzami w oczach i głową pełną czarnych scenariuszy.

 

Dzień przed porodem położyłam się do szpitala, gdzie ortopeda zdiagnozował u mnie rozejście spojenia łonowego, ale powiedział, że nie jest to wskazanie do cesarskiego cięcia. Jednak większość ginekologów mówiło mi, że nie urodzę sama, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jedyną pozycją, w której odczuwałam znośny ból, było leżenie na boku ze złączonymi nogami, których tak naprawdę w ogóle nie mogłam rozszerzyć.

 

Skurczy dostałam około godziny 23 w piątek. Próbowałam urodzić naturalnie, ale niestety byłam już wykończona i miałam dosyć tego ciągłego bólu. Miałam wrażenie, że łamią mi się wszystkie kości od pasa w dół. Około godziny 15 w sobotę poprosiłam o cesarkę. Zastosowano znieczulenie podpajęczynówkowe i nagle cały ból minął. Byłam przeszczęśliwa, bo od ponad miesiąca pierwszy raz nie czułam bólu. Na drugi dzień ból był niewielki, więc miałam nadzieję, że wszystko zmierza ku dobremu. Niestety wieczorem pojawił się znowu ogromny ból, jeszcze większy niż przed porodem. Chciało mi się płakać. Położne zabrały mi moje Maleństwo, ponieważ nie byłam w stanie się Nią zająć. To były jedne z najgorszych chwil w moim życiu.

 

W szpitalu dostawałam cały czas kroplówki i zastrzyki przeciwbólowe, paracetamol, ketonal, diclac, ale niestety ból po nich nie mijał. Jednak dzięki nim byłam w stanie doczołgać się do toalety i usiąść na łóżku. Gdy wypisywali mnie ze szpitala, zalecono mi, abym brała paracetamol  (4 x 2 tabletki), wapno, witaminę D3, witaminy z kwasami DHA i żebym jadła dużo potraw z galaretą. Pani ordynator powiedziała, że przez co najmniej 6 tygodni musi ze mną ktoś być w domu, żeby zająć się mną i dzieckiem. Przed wyjście ze szpitala, położne obwiązały moją miednicę bandażami i dostałam zastrzyk przeciwbólowy.

 

Udało mi się dojechał do domu, ale potem zaczął się koszmar. Gdy zastrzyk przestał działać, byłam załamana, ponieważ paracetamol, pomimo tak dużej dawki, w ogóle mi nie pomagał. Nie pozostało mi nic innego, jak leżeć w bezruchu i przetrzymać jakoś ten ból. Ale z dnia na dzień było coraz trudniej, bo byłam wykończona, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Nie byłam w stanie zająć się Córeczką, więc mój mąż miał dwoje dzieci w domu, mnie i Amelkę. Na szczęście udało mu się wziąć miesiąc wolnego (2 tygodnie zwolnienia z tytułu opieki nad żoną po cesarskim cięciu i 2 tygodnie urlopu ojcowskiego). Cała ta sytuacja wymagała od niego dużo cierpliwości i zaangażowania, bo wokół mnie wszystko trzeba było zrobić, przygotować jedzenie, umyć mnie, pomóc zmienić pozycję, itd. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna, bo gdyby nie On, nie dałabym rady, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Miałam w Nim niesamowite wsparcie.

 

Po półtora tygodnia zaczęłam rehabilitację. Na początku rehabilitant przyjeżdżał do mnie do domu dwa razy w tygodniu i uczył mnie wszystkiego od podstaw, ponieważ nie potrafiłam nawet siadać i chodzić. Okazało się, że przez ten ciągły ból, cały czas miałam napięte mięśnie (co jest podobno naturalną reakcją organizmu na ból), przez co ból paradoksalnie był jeszcze większy. Tak naprawdę nie potrafiłam rozluźnić mięśni, więc to również musiałam przećwiczyć. Po około 2 tygodniach zaczęłam powoli chodzić o kulach. Na rehabilitację zaczęłam już sama jeździć do centrum medycznego, gdzie co dziennie przez dwa tygodnie miałam ćwiczenia i laser. Ostatniego dnia rehabilitacji odstawiłam kule. Ale jeszcze była przede mną długa droga, czekało mnie wiele pracy i ćwiczeń. Ale to, co najgorsze było już za mną. Teraz miało być już tylko lepiej.

 

Dokładnie pamiętam dzień, w którym pierwszy raz wzięłam swoją Córkę na rączki i przeszłam  (czyt. przeczłapałam, chwiejąc się na boki) kawałek salonu, było to miesiąc po porodzie (11 października). Byłam niewiarygodnie szczęśliwa…

 

Człowiek nie docenia wielu rzeczy, dopóki ich nie straci.
TO TEŻ CIĘ ZAINTERESUJE
Facebooktwittergoogle_pluspinterest