Macierzyństwo to bułka z masłem…

 

…ale tylko w teorii. W praktyce to już zupełnie inna bajka. Taka z elementami tragedii, a czasem nawet horroru.

Większość kobiet, dopiero co zaczynających swoją przygodę z macierzyństwem, nie może się doczekać tych wszystkich pięknych chwil spędzonych z dzieckiem, a jeszcze bardziej urlopu macierzyńskiego, kiedy to będą mogły w końcu odpocząć i mieć czas na rozwijanie swoich pasji. Bo jakże mogłoby być inaczej. Chyba nie bez przyczyny nadano mu miano URLOPU. Już nawet sam okres ciąży wydaje się być sielanką, możesz iść na zwolnienie (100% płatne;-)) i cieszyć się każdą wolną chwilą i wszystkimi dobrodziejstwami ciąży. A jest ich naprawdę wiele, począwszy od podwyższonego poziomu estrogenu, który sprawia, że kobieta w ciąży rozkwita. Ach, czego chcieć więcej?
Chcąc jak najlepiej przygotować się do bycia matką (oczywiście idealną), czytasz wszystkie książki i czasopisma dotyczące pielęgnacji i wychowania dziecka, jakie tylko dostępne są na rynku, uczęszczasz do szkoły rodzenia, rozmawiasz z kobietami, które już dostąpiły zaszczytu bycia matką, oczywiście nie pomijasz też źródła wiedzy jakim jest Internet. I tak właśnie, tworzysz całą listę żelaznych zasad, które zamierzasz przestrzegać, nawet gdyby się waliło i paliło, bo przecież od nich zależy dobro twojego dziecka.
Lista wygląda w sposób następujący:
  1. Poród, oczywiście naturalny, innych opcji nie bierzesz pod uwagę, bo przecież cesarka to zło konieczne.
  2. Będziesz karmiła tylko i wyłącznie piersią, bo dzieci karmione mlekiem modyfikowanym częściej chorują i są otyłe. Ale odstawisz dziecko od piersi, gdy skończy rok, bo chodzące dziecko przy cycu, to już dziwny widok. A poza tym zamierzasz wrócić do pracy.
  3. Dziecko będzie spało w swoim łóżeczku, będziesz je odkładała po każdym karmieniu i zostawiała, aby samodzielnie zasnęło (samodzielności trzeba uczyć od samego początku).
  4. Nauczysz je przesypiania całej nocy, przecież tyle jest na to sposobów. Najważniejsze, żeby zacząć od razu po urodzeniu.
  5. Nie będzie używało smoczka, bo powoduje wadę zgryzu i osłabia więź z rodzicem.
  6. W 6 miesiącu zaczniesz rozszerzać dietę dziecka i nauczysz je zasad zdrowego odżywiania poprzez dawanie dobrego przykładu. Będziesz samodzielnie przyrządzać mu posiłki, oczywiście z produktów ekologicznych.

 

Potem pojawia się na świecie wyczekane dziecko, dzięki czemu możesz w końcu zakończyć zwolnienie i iść na upragniony urlop. We dwoje. Ty i dziecko. Ach, odpoczynek na całego. Bo przecież noworodek to tylko je i śpi, no i czasami trzeba mu zmienić pieluszkę, ale obecnie w dobie pampersów, to ani siusiu ani kupka nie straszna. Więc w głowie powstają obrazy, jak karmisz dziecko, odkładasz je do łóżeczka, a ono słodko śpi aż do następnego karmienia, potem zmieniasz pieluszkę, karmisz i znowu zapada w błogi sen. A Ty w tym czasie ogarniasz mieszkanie (nawet nie musisz robić tego cicho, bo twój brzdąc ma kamienny sen, a odgłos odkurzacza działa na niego kojąco), gotujesz obiad, oczywiście z dwóch dań i z deserem, robisz pranie, prasujesz (prasowanie takich mikroskopijnych ubranek to przecież sama przyjemność), a wśród tego wszystkiego jeszcze znajdziesz czas na odpoczynek, poczytanie książki, obejrzenie fajnego filmu , rozwijanie pasji, no i oczywiście ćwiczenia, aby powrócić do formy z przed ciąży. A i czas na drzemkę się znajdzie.
A jak to wszystko wygląda w praktyce?
 
W ciąży może i rzeczywiście kobieta rozkwita. Jednak w pierwszym trymestrze faza rozkwitu  zazwyczaj następuje w łóżku, albo w toalecie. Przez pierwsze trzy miesiące, jedyne na co ma ochotę ciężarna kobieta, to sen. Mogłaby spać wszędzie i o każdej porze. Oczywiście z przerwami na „poranne” nudności, które trwają 24 godziny na dobę. Musi też wśród tego wszystkiego znaleźć kilka chwil na to, aby sobie tak po prostu popłakać. W drugim trymestrze nabiera siły i ochoty, aby wyjść do ludzi. Jednak zaczyna pojawiać się problem pod tytułem: „nie mam się w co ubrać”. W trzecim trymestrze chęć spotkań towarzyskich powoli ją opuszcza. Bo jak tu pokazać się ludziom na oczy w tym rozciągniętym dresie, jedynej części garderoby, którą może na siebie wcisnąć. Nie wspominając już o butach, babcinych bamboszach, bo po pierwsze mają odpowiednią szerokość, a po drugie nie trzeba ich wiązać. Brak jej również lekkości poruszania się, bo czuje się jakby nosiła ze sobą 10 kilogramowy worek cukru, a ręce i nogi przypominają bardziej baleron, niż smukłe paróweczki. A na dodatek w domu trzeba wszystko posprzątać, poprzestawiać, wyszorować na błysk. Czyżby to był syndrom wicia gniazda? A może chęć przyspieszenia porodu?
W końcu nadchodzi ten upragniony dzień. A to dziecko wcale się tak samo na tym świecie nie pojawia. Trzeba mu w tym pomóc. Niestety nie wygląda to jak strzał z procy, gdzie matka to proca, a dziecko to pocisk. Przypomina to bardziej wypychanie zablokowanej kuli z armaty. Zaczyna się od skurczów, na początku delikatnych, które jednak szybko nabierają na sile. Niestety mija kilka godzin, potem kilkanaście i w końcu lekarze decydują, że trzeba zrobić cesarkę. Zaraz, zaraz, przecież chciałaś rodzić naturalnie, ale po 14 godzinach skurczów, wszystko ci już obojętne, najważniejsze, żeby dziecko było całe i zdrowe. Musisz się jednak liczyć z tym, że kiedyś usłyszysz od tej życzliwej koleżanki, że co ty wiesz o bólach, przecież cesarka to nie poród.
Potem stawiają dziecko w tym przezroczystym pojemniku obok twojego łóżka, a ty nie możesz się ruszyć i pojawia się tysiąc myśli. Kurcze, a co będzie jak zacznie płakać, przecież powinnam przystawić je do piersi, tyle mi mówiono o cudownych właściwościach siary. W końcu nadchodzi ten moment, położna kładzie dziecko przy twojej piersi i  co? I nic… Wiedziałaś, że po cesarce trudno o pokarm, ale dlaczego nikt ci nie powiedział, że dziecko nie będzie potrafiło chwycić brodawki? A jak już mu się uda, to dlaczego to tak boli? Podobno karmienie piersią to sama przyjemność…
Mija jedna doba, druga, trzecia, a maluch ciągle płacze z głodu, a do  tego traci na wadze więcej niż przewiduje norma. Trzeba dać butelkę, bo inaczej nie wyjdziecie do domu. A przecież nie tak miało być…
Wracacie do domu, a maluch nie przestaje płakać. Nosisz, kołyszesz, przytulasz, o odłożeniu do łóżeczka nie ma mowy. Nie masz czasu zjeść, nie mówiąc o zrobieniu obiadu, czy jakimkolwiek odpoczynku. W końcu, po kilku godzinach zasypia. Może uda ci się przegryźć jakąś kanapkę i wstawić pranie, bo niby skąd miałaś wiedzieć, że niemowlaki najchętniej siusiają podczas przewijania, oczywiście bez uprzedzenia. Obmyślasz misterny plan, jak tu je odłożyć, po czym nachylasz się z nim nad łóżeczkiem i znowu wrzask. Jedzenie i pranie będą chyba musiały poczekać. Siadasz z brzdącem w ramionach, może trochę pośpi, a ty przynajmniej odpoczniesz. Wieczorem kąpiel, podobno działa odprężająco, jednak chyba nie w przypadku twojego dziecka. Wrzask, jakby mu sie krzywda działa. Więc szybko, trzęsącymi się rękami wyjmujesz je z wanienki, bo może robisz coś źle. Dlaczego to dziecko nie potrafi ci powiedzieć co mu dolega? Przydałby się jakiś tłumacz albo zaklinacz noworodków. W nocy, nawet nie myślisz o tym, aby odłożyć je do łóżeczka, jesteś tak zmęczona, że z ledwością karmisz małego głodomora.
Po tygodniu, pojawia się pokarm, płacz ucicha, ale o odłożeniu do łóżeczka nadal nie ma mowy. Gdzie ten noworodek, który tylko je i śpi? Owszem, twój je i śpi, ale tylko i wyłącznie jak ma cysia w buzi. No cóż, efekt uboczny nieużywania smoczka. Ma to oczywiście swoje zalety, bo możesz leżeć i odpoczywać. Szkoda tylko, że samo się nie ugotuje, nie posprząta, nie wypierze i nie wyprasuje.
Pasje? Oczywiście, wszystko co jest możliwe do zrobienia z dzieckiem przyklejonym do Ciebie.
Ćwiczenia. No cóż…Możesz ewentualnie powymachiwać nogą, karmiąc w pozycji na boku, ale może lepiej nie, bo każde drgnięcie twojego ciała może obudzić  tę słodko śpiącą istotkę, a tego raczej byś nie chciała. Więc może na razie porozciągać palce u stóp, a powrót do formy sprzed ciąży zostawić na później, gdy już dziecko będzie potrafiło aktywnie się bawić, a ty będziesz miała trochę czasu dla siebie.
Szybko nadchodzą inne dobrodziejstwa macierzyństwa, kolka, szczepienia, przeziębienia. A w szóstym miesiącu rozszerzanie diety. Niestety twoje dziecko w ogóle nie przejawia zainteresowania innym jedzeniem, niż cieplutkie mleko mamy. Przez kolejne trzy miesiące pluje na prawo i lewo, tobie też czasami dostanie się jakaś niespodziewana porcja jedzenia. W zimie i wczesną wiosną nie ma mowy o marchewce, czy jabłkach z ogródka, więc serwujesz dziecku słoiczkowe papki, a poza tym twoje chroniczne zmęczenie i niewyspanie nie pozwalają ci na przygotowywanie 3 łyżeczek brokułu, które być może i tak wylądują na ścianie. Kurcze, dlaczego pediatra nie powiedział ci o metodzie BLW, tylko pozwolił ci żyć w przekonaniu, że kawałek ziemniaka, czy tym bardziej kurczaka, to zakrztuszenie murowane?
I tak żyjecie sobie, ty niewyspana i ciągle zmęczona, a twoje dziecko coraz mniej śpi, na szczęście już nie jesteś mu do tego tak bardzo potrzebna, oczywiście nie licząc nocy. Jednak teraz stałaś się niezbędnym kompanem do zabawy, więc realizacje pasji i powrót do formy z przed ciąży nadal odkładasz na później.
Mija 16 miesięcy, a ty:
  1. nie urodziłaś naturalnie
  2. karmiłaś piersią i nadal karmisz, bo po pierwsze przywiązanie, a po drugie lenistwo; oczywiście nie wróciłaś do pracy, bo kto lepiej od ciebie zajmie sie twoim dzieckiem
  3. nie nauczyłaś dziecka samodzielnego zasypiania, nadal je przytulasz i kołyszesz, zawsze odkładasz je do łóżeczka, ale w nocy i tak przychodzi do waszego łóżka
  4. jesteś chronicznie zmęczona, bo twoje dziecko nie przespało ani jednej nocy w całości
  5. nie dałaś mu smoczka, ale twój brzdąc znalazł sobie świetne zastępstwo
  6. dieta rozszerzyłaś, ale z dawaniem dobrego przykładu różnie bywa

 

Wniosek z tego jeden, czasami warto odpuścić, a przeczytane i zasłyszane informacje oraz dobre rady puścić mimo uszu i zacząć słuchać swojego dziecka, bo to przecież do niego należy ostatnie słowo.

 

TO TEŻ CIĘ ZAINTERESUJE
Facebooktwittergoogle_pluspinterest
  • Zaczęłam czytać i zrodził się we mnie taki bunt, że nie, nie zgadzam się, nie dramatyzuj i nie przedstawiaj macierzyństwa jako czegos strasznego. Na szczęscie doczytałam do samego końca. Tak, zgadzam się, należy wsłuchać się w siebie i w dziecko – dzięki temu macierzyństwo będzie najpiękniejszym darem od życia 🙂

  • To ja zamieszczam moje podsumowanie:
    Mija 20 miesięcy, a ja:
    urodziłam naturalnie;
    karmiłam piersią tylko 3 mce bo po pierwsze zapalenie piersi, a po drugie lenistwo;
    wróciłam do pracy, tylko dlatego, że babcia łaskawie zajmuje się moim dzieckiem,
    nauczyłam dziecko samodzielnego zasypiania a w nocy nie przychodzi do naszego łóżka, bo ją właśnie dlatego wciąż trzymamy w łóżeczku ze szczebelkami – tak dla pewności ;D
    jestem chronicznie zmęczona, bo choć moje dziecko od ponad roku przesypia noce, to wstawanie rano do pracy, potem praca i zajmowanie się dziećmi po pracy też wyczerpuje;
    dałam mu smoczek i póki co nie zamierzam z niego rezygnować, bo pomaga w samodzielnym zasypianiu ;P
    dietę rozszerzyłam, ale z dawaniem dobrego przykładu różnie bywa ;D
    To nie bułka z masłem, ale na przykład z dżemem porzeczkowym – ma taki słodko-kwaśny smak 😉

  • Te wszystkie cud rady … boskie są.
    Obserwuje i będę zaglądać 😉
    Pozdrawiam
    http://www.kolorowe-usta.blogspot.com

  • O mamo! 😮 Przyznaję, że ja póki co zatrzymuję się na tych właśnie pierwszych planach (niezweryfikowanych przez praktykę) i chciałabym w tym trwać 😀 Ale im więcej blogów czytam, tym bardziej mnie przerażacie! Jak tu zostać Mamą, jak Wy tak straszycie :D? Może trzeba pomysleć o dodatkowym punkcie w planach – 7. Od początku zatrudnić opiekunkę ? 😀

    Pozdrawiam serdecznie 😉

  • intuicja i to, co widzi się tu i teraz – nikt wokół naszego tyłka nie siedzi, więc coś co sprawdziło się u niego u nas może okazać się największym bezsensem.
    tak, a propos super rad 🙂

  • Pięknie to wszystko opisałaś, przepięknie, pośmiałam się 🙂 Tak to rzeczywiście wygląda.
    A miało być tak pięknie. Pierwsze 3,5 miesiąca non stop na rękach, kolki, mało pokarmu, a żadnego sztucznego nie da rady, wymiotuje po wszystkim przez pierwsze 9 miesięcy. Kamień z serca spadł, gdy dziecko moje skończyło 5 miesięcy, ufff, wreszcie mogę podać coś innego prócz własnego mleka, z głodu nie umrze. I dopiero zaczyna kończyć się wieczna niedowaga. Wreszcie nie non stop na rękach. I choroby pałętają się też, lądujemy w szpitalu. Do tej pory już 3 razy, oby na tym skończyło się. Ale mimo wszystko to piękny cud, po 4 latach jest fajnie 🙂 I jest z kim pogadać 🙂 Miłe słowo można usłyszeć. I wiele nauczyć się 🙂 Pozdrawiam i życzę dużo cierpliwości 🙂

  • Ja na sobie przekonałam się, że plany dają czasami w łeb. Świetnie to wszystko ujęłaś, bardzo prawdziwie. Myślę, że wiele matek może się pod tym podpisać.